Życie w bańce i helikopterowi rodzice – o nadmiernym wyręczaniu dzieci

Proste założenie, z którym zgodziłaby się większość populacji mówi, że rodzice chcą dla swojego dziecka jak najlepiej. Słynne ludowe porzekadło mówi z kolei, że dobrymi intencjami wybrukowana jest droga do piekła. W tym wpisie skupimy się na różnicy pomiędzy „chcieć dobrze”, a faktycznie pomagać.

Stylów wychowywania dzieci istnieje bardzo dużo. Odkrywając temat będziemy mogli w swoim życiu trudniej, lub łatwiej zidentyfikować jakim z nich zostaliśmy wychowani. Nie zawsze jest to sytuacja czarno-biała. Różne motywacje rodziców do realizowania różnych sprzecznych interesów w kwestii wychowania mogą tworzyć niejednoznaczną atmosferę, w której ciężko będzie nam zauważyć czego właściwie od nas oczekiwali. Oczywiście istnieją jeszcze sytuacje, gdzie dwójka rodziców reprezentuje inne od siebie style – stąd słynne „zapytaj mamy”, lub „zapytaj taty” – które może wskazywać, że jedno z rodziców jest stroną decyzyjną, gdy drugie ogranicza odpowiedzialność.

Dziś jednak weźmiemy na warsztat styl wychowania prześmiewczo nazwany w popkulturze „Helicopter Parent”. Jak wskazuje sama nazwa – Rodzic, niczym helikopter fruwa wokół dziecka i stara się „ochuchać” każdą skazę na jego samopoczuciu. Helikopterowanie może przybierać formę: wykonywania prac szkolnych za dziecko, ciągłego angażowania do codziennych problemów dodatkowych instancji – innych rodziców, dyrektora, psychologa szkolnego, odpowiadaniu za dziecko na komentarze w sieci i tym podobne. Innymi słowy – rodzic w bardzo kontrolujący sposób chce zadbać o to, żeby dziecko nie było w dyskomforcie. Negatywne uczucia w podejściu takiego rodzica są szkodliwym zjawiskiem, które trzeba zlikwidować, by dziecko mogło wieść szczęśliwe i satysfakcjonujące życie. Samo w sobie nie brzmi to źle, prawda?

„Mamo! MY chcemy sprzedawać lemoniadę!”

"Mamo! MY chcemy sprzedawać lemoniadę!"

Problem tworzy się gdzie indziej. Właściwie nie pozostaje on widoczny dopóki szkoda na dziecięcej psychice nie zacznie objawiać się w zachowaniach przeciwnych do tego co rodzic-helikopter zamierzał. Błąd, który popełnia rodzic bierze się z przekonania, że eliminując ze środowiska bodźce określane jako „negatywne” jak nieporozumienia, konflikty i trudne zadania zmniejszy neagatywne emocje dziecka, a tym samym da mu pole do wolnego rozwoju i umożliwi pełne wykorzystanie swojego potencjału. Rodzic nie wie jednak, że całe jego staranie przyniesie odwrotny efekt. Zupełnie jak w biologii – gdy narząd pozostaje bez użycia odpowiednio długo – w toku ewolucji zaniknie. Nasze połączenia neuronalne działają na podobnej zasadzie, z tym że nie zajmuje im to tysięcy lat, a zmiany będą zauważalne już w dzieciństwie i najprawdopodobniej powędrują z dzieckiem w dorosłość. W swojej chęci pomocy dziecięcemu samopoczuciu zapominamy, że kluczowym elementem rozwoju osobowości jest socjalizacja. Proces tak potrzebny jak nieprzewidywalny. Pozbawiając podopiecznego możliwości samodzielnego zmierzenia się z tym niejednoznaczym światem ludzi stawiamy się w sytuacji nauki pływania w wysuszonym basenie. Ciężko oczekiwać, że ktoś nie doświadczając pełni wyzwania na własnej skórze rozwinie zdolności pomagające mu to wyzwanie pokonać. Sytuacja ta tworzy pewien paradoks, bo od początku chcieliśmy zrobić jak najwięcej w imię samopoczucia dziecka – tymczasem upośledzamy jego zdolności społeczne, a upośledzone zdolności społeczne oznaczają jedno – odrzucenie. Odrzucenie jest okrutnym wyrokiem, który głęboko odbija się na psychice. Wiecznie helikopterując – rodzic nie pozwala dziecku na rozwinięcie fundamentu osobowości i poczucia własnej wartości – czegoś, co będzie chronić jego samopoczucie, jak i umożliwi znalezienie ludzi podobnych sobie a w tym swojej tożsamości i przynależności społecznej. Stanie się tak, ponieważ dorastając w bańce dojdzie kiedyś do momentu pęknięcia, czyli chwili gdzie rodzic nie będzie mógł wyręczać dziecka. Przekonanie o swojej wyjątkowości i brak narzędzi do radzenia sobie w trudnych sytuacjach społecznych zagwarantują zabójczy zwrot akcji. Młody człowiek będzie czuł się zagubiony, stłamszony, a nawet oszukany przez rodzica, który przecież chciał dobrze.

Podejrzewasz, że możesz być helikopterowym rodzicem?

Jeżeli tak – gratulacje. Autorefleksja i zauważenie będzie pierwszym krokiem do działania. Po pierwsze – nie obwiniaj się. Style wychowawcze nie biorą się znikąd i ich stosowanie przez nas często wynika z tego co zostało przekazane nam przez własnych rodziców. Warto tutaj rozważyć dobrze jedną myśl. „Czy wierzę, że świat sam w sobie jest niebezpiecznym miejscem?”



Jeżeli dość szybko przyszło Ci odpowiedzenie „Tak” na to pytanie – To zastanów się jak to przekonanie może objawiać się na Twoim stylu wychowania. Być może nieszczęśliwe wydarzenie, lub komunikaty, które słyszysz o świecie sprawiają, że tak go postrzegasz. Widząc świat jako z założenia niebezpieczne miejsce będziemy chcieli zrobić wszystko, żeby uchronić przed nim najbliższe nam osoby. To sprawia, że możemy niechybnie odizolować nasze dziecko od tego co czyni świat wartym spędzania w nim czasu. Jako rodzice zastanówmy się, czy chcąc maksymalnie minimalizować krzywdę nie sabotujemy swojego dziecka. Troska o jego bezpieczeństwo i bycie dla niego dostępnym są potężnie ważnymi cechami rodzica, jednak do naszych zadań należy znalezienie właściwej proporcji pomiędzy przyzwalaniem, a interweniowaniem w kwestii jego życiowych decyzji. Zupełnie tak jak ucząc się jazdy na rowerze stopniowo zaczynamy rezygnować z pomocniczego sprzętu jak kółka, kij i opiekun – w życiu również pozwalamy na przyzwolenie większego ryzyka w zamian za większą autonomię. Pozwalamy na to, ponieważ nawet jeśli ryzyko zranienia przez świat jest większe – posiadamy wiarę w to, że dziecko prawidłowo rozwinięte społecznie i obdarzone zaufaniem poradzi sobie i wyjdzie z wielu sytuacji obronną ręką.

„Upewnij się, że narzekasz na moje helikopterowe rodzicielstwo w taki sposób jak Ci powiedziałam!”

Autor: Zachary Grochala

Przejdź do treści